5473
Styczeń 10 przez musang

Znane są przypadki aktorskich karier, które całkowicie zostały zdominowane przez jedną, bardzo wyrazistą i popularną kreację. Taka rola może się ciągnąć za aktorem latami i zlewać w jedno jego nazwisko z nazwiskiem zagranej postaci. Ile razy zdarzyło Wam się pomyśleć "Frodo", widząc Elijah Wooda, albo "Harry Potter" na widok Daniela Radcliffe'a? Ci aktorzy akurat nie muszą się wstydzić swoich dokonań, ale co ma powiedzieć Robert Pattinson, który nie może uwolnić się od Zmierzchu - znienawidzonej przez siebie produkcji? Żeby nie popełnić podobnych błędów i nie dać się fanom zaszufladkować na zawsze, aktorzy muszą z rozwagą dobierać angaże - stąd liczne odmowy - nawet w przypadku bardzo ważnych dla historii kina roli.

Charlie Hunnam - Pięćdziesiąt twarzy Greya

Aktorem, który zdecydowanie nie chciał powtarzać błędu Pattinsona i który właśnie na losy tego aktora się powoływał - jest Charlie Hunnam. Chociaż internet pełen jest jego zdjęć bez koszulki, co mogłoby sugerować, że aktor prefekcyjnie nadawałby się do roli Christiana Greya w ekranizacji sagi znanej jako "porno dla mamusiek", to Hunnam nie zdecydował się na przyjęcie tej kuszącej opcji. Bardzo możliwe, że kluczowym argumentem jest tu słowo "saga", które wymaga długoterminowego zaangażowania i wiąże na spory kawałek czasu nazwisko aktora z nazwiskiem granej postaci.

Hugh Jackman - James Bond

Trudno jest uciec od roli, którą już raz się zagrało. W Hollywood twórcy filmów lubią organizować bezpieczne castingi - stawiają przede wszystkim na aktorów, którzy już sprawdzili się w podobnych kreacjach. Ale nie wszystkich to satysfakcjonuje - najczęściej aktorzy woleliby móc pokazać swój potencjał i talent w całej okazałości, a nie zamykać się w jednej roli. Z takich właśnie powodów Hugh Jackman zdecydował się odrzucić jakże atrakcyjną propozycję wcielenia się w Jamesa Bonda (po erze Pierce'a Brosnana). Chciał zerwać z przystojnym typem w garniturze. Inna sprawa, że wrócił wtedy znowu do roli Wolverina...

Mark Wahlberg - Brokeback Mountain

Mark Wahlberg z kolei swego czasu był na dobrej drodze, by oprzeć swoją karierę na trudnych, dramatycznych rolach. Najpierw pokazał w Boogie Nights, że nie straszne mu obrazowe, naładowane seksualnością filmy, a potem potwierdził swój talent na tym polu kreacją w bardzo dobrze przyjętym przez krytykę Jak być sobą. Gdy jednak później przyszła propozycja zagrania w kolejnym dramacie o poważnej tematyce - Brokeback Mountain - aktor postanowił odpuścić sobie ten wpis w CV i po przeczytaniu pierwszych stron scenariusza grzecznie podziękował.

Will Smith - Superman

Jeśli chodzi o Hollywood, można odnieść wrażenie, że środowisko filmowe nie wyzbyło się do końca rasistowskich nawyków. Wystarczy wspomnieć przedziwną zasadę, według której "czarny ginie pierwszy". Niemniej, Will Smith potrafił pokierować tak swoją karierą, by grane przez niego role przełamywały te niechlubne schematy (przykład - rola kowboja w Bardzo dzikim Zachodzie). Jednak nawet on powstrzymał się przed zagraniem tak typowo "białej" roli, jaką jest rola Supermana. Chociaż otrzymał propozycję zagrania największego superbohatera, w obawie przed dużą kontrowersją i niezadowoleniem fanów zdecydował się powiedzieć "nie". Historia jednak zatoczyła koło i Smith jednak znalazł się na planie filmu z universum DC - ale jako Deadshot w Suicide Squad.

Will Smith - Django

Rozważne dobieranie roli według wyznaczonego przez zapotrzebowanie fanów klucza zmusiło Willa Smitha do odrzucenia jeszcze jednego angażu w dużej produkcji - tytułowego bohatera filmu Tarantino Django. Jeśli ktoś przez lata kreuje swój wizerunek jak najbardziej poprawnego politycznie badassa, to nie po drodze mu z rolą motywowanego rasowo anioła zemsty. Plotki mówią także o takim szczególe, jak odrzucenie roli ze względu na chęć dokonania przez Smitha poprawki w secenariuszu - to on, jako wyzwolony i stanowiący sam o sobie bohater, chciał zastrzelić rasistowskiego gnojka granego przez Leonardo DiCaprio, ale twórcy uparli się przy pozostawieniu tego zaszczytu Schultzowi (Christoph Waltz).

Sean Connery - Gandalf

Zanim Władca pierścieni stał się hitem wszech czasów, był serią dosyć stuknietych książek, pełnych piosenek, Toma Bombadila i pokręconej fantastyki. Taki też filmowy projekt dostał Sean Connery z propozycją zagrania Gandalfa. Kontrakt ten wiązał się z kwotą 19 milionów funtów oraz 15% udziałów z tego, co zarobi cała seria. Aktor był jednak pewnien, że filmy nie zdobędą odpowiedniej popularności, bo tej historii nie da się zrozumieć i obecni fani Tolkiena muszą być wariatami, skoro lubią takie dziwactwo. W ten oto sposób Connery stracił poważanie fandomu oraz... niemal 300 milionów funtów!

Bill Murray - Batman

Przypadek Billa Murraya jest o tyle odmienny, że to studio wyperswadowało aktorowi przyjęcie roli - marzył on o zagraniu śmiesznego Batmana w latach osiemdziesiątych. Odradzano mu jednak zdecydowanie taki zwrot w karierze ze względu na fanów, którzy najprawdopodobniej zjedli by aktora jeszcze w kostiumie tak uwielbianego przez szerokie rzesze superbohatera. Rzecz jasna, musimy pamiętać, że Batman nie zawsze był super poważny - a nawet przez większość czasu był całkiem głupiutki (szczególnie na ekranie TV) i chociaż teraz preferujemy tego mrocznego i groźnego Człowieka-Nietoperza, to Murray nadal obstaje przy jego komicznej wersji.